Medycznego wykształcenia nie mam, ale czytać umiem...


Andrzej Iwaniuk

wtorek, 30 września 2014

"Polacy odporni na działanie rtęci" - czyli amalgamaty w zębach

Zaiste - przedziwny ten świat: "W większości krajów Unii amalgamaty w stomatologii są zakazane - u nas jeszcze nie" - to usłyszałem od pani stomatolog podczas ostatniej mojej wizyty. Mówiąc to - sama uśmiechała się wyrażając zdziwienie taką sytuacją. Oczywiście to stwierdzenie padło po moim pytaniu, gdyż temat ten ździebko mnie zaintrygował. A po jakim to fakcie? - otóż mój kolega zdziwił się, gdy z kolei ja zareagowałem zdziwieniem na to, że on właśnie sobie serwuje amalgamatowe plomby...

- "A co, coś z nimi nie tak???"

Ufff, więc co nieco napisać trzeba...


W jednym z serwisów traktujących o zdrowiu (onet.zdrowie: http://kobieta.onet.pl/zdrowie/profilaktyka/amalgamatowe-plomby-z-rtecia-niebezpieczne-dla-zdrowia/167jx) czytam:

"Stosowane obecnie wypełnienia amalgamatowe nie zawierają już w swoim składzie rtęci i są bezpieczne dla zdrowia, ale mają niskie walory estetyczne."

Zaraz zaraz - coś to nie gra, a jak gra - to nie stroi. Czytam w necie, co to amalgamat, ale i na wszelki wypadek konsultuję się z edukowanym chemikiem, czyli koleżanką - akademicką chemiczką:
"Jak amalgamat, to tylko związek rtęci, bo to jedyny metal w stanie ciekłym w temperaturze pokojowej. Mikstury z innymi metalami - to stopy, w podwyższonych temperaturach".
To wyjaśnienie stroi też z tym, co mi powiedziała pani stomatolog: tak, rtęć w tym amalgamacie jest, tylko teraz to nie dentysta robi miksturę, a jest ona wyciskana w postaci pasty z tubki.

Hmmm, no to chyba pewne "renomowane" serwisy o zdrowiu - darować sobie trzeba. Po prostu: szkoda na nie czasu.

Wracając do trucizny w zębach: kochane, bo dbające o nasze zdrowie, NFZ - refunduje tylko za plomby amalgamatowe. Jak chcesz zdrową plombę kompozytową - płać za całość, czyli i całe przygotowanie zęba, ze swojej kieszeni. A nie powinienem w sumie dopłacać tylko za różnicę w cenie materiałów kompozyt-amalgamat? Co za inteligent konstruował ten przepis tak jawnie forsujący zakładanie ludziom rtęciowych trucizn?

Na Interii (http://nt.interia.pl/raport-medycyna-przyszlosci/medycyna/news-plomby-amalgamatowe-wcale-nie-takie-straszne,nId,946213) czytamy:

Naukowcy nie mają wątpliwości, że plomby amalgamatowe powoli rozpuszczają się i uwalniają toksyczną rtęć do jamy ustnej. Teraz część lekarzy jest zdania, że uwolniona rtęć wcale nie wpływa trująco na organizm człowieka. 

- czyli naukowcy swoje, a lekarze - swoje. A może sedno w tym, kto z czego ma zyski finansowe...?

Dalej czytamy:

Obecność rtęci w moczu może być jednym z pierwszych symptomów wdychania oparów tego pierwiastka, rozpuszczanych z plomb amalgamatowych. Ale rtęć w naszym organizmie może pochodzić także z diety, bowiem spożywanie wielu gatunków ryb może powodować wzrost akumulacji pierwiastka w organizmie człowieka. 

... "gratuluję" tu tym, co w swoim czasie uwierzyli i DALEJ wierzą, że muszą "minimum dwa razy w tygodniu" jeść
ryby morskie - bo to zdrowo. Ja, od kiedy wiem, że są one nafaszerowane rtęcią - takie mamy wody: "sorry, taki klimat" - jadam je sporadycznie. A tuńczyka - wręcz unikam. W przeciwnym razie: Alzhaimer lub Parkinson prawie gwarantowany.

Wracając do sedna tematu - posłużmy się Wikipedią:

Amalgamat stomatologiczny – amalgamat rtęci ze srebrem, cyną, miedzią, kadmem oraz niekiedy cynkiem, stosowany w stomatologii jako wypełnienie, głównie w ubytkach klasy I, II i V. Obecnie notuje się odchodzenie od stosowania amalgamatu w dentystyce z uwagi na względy estetyczne (metaliczny kolor wypełnienia kontrastuje z tkanką zęba), narażenie lekarzy i pacjentów na kontakt z toksyczną rtęcią oraz ze względów środowiskowych (emisja rtęci do atmosfery wskutek kremacji zwłok ludzkich).

... ten ostatni...: to jest żelazny argument zniechęcający do założenia takiej plomby J

Ale poważniej:

Jakie działanie ma rtęć?

Toksyczne właściwości rtęci znane są od czasów starożytnych. Rtęć to trucizna, która jest inhibitorem enzymów odpowiadających za przemianę materii na poziomie komórkowym.
Powoduje ona zaburzenia pracy wszystkich narządów oraz układu hormonalnego, nerwowego, odpornościowego i trawiennego. Rtęć wpływa negatywnie na pracę układu odpornościowego, powodując zwiększoną podatność na infekcje i nowotwory. Rozpad komórek przyspiesza starzenie się organizmu oraz powstawanie poważnych chorób neurodegeneracyjnych.

Według Franza-Xaviera Reichla, autora Kieszonkowego atlasu medycyny środowiskowej, zatrucie rtęcią uwolnioną z amalgamatów objawia się: 

- bólem mięśni i stawów, bólami brzucha, bólami głowy,zawrotami głowy
- wzmożonym poceniem się, 
- nadwagą, 
- problemami z oddychaniem, kaszlem, nudnościami, 
- zaburzeniami wzroku i słuchu, 
- wypadaniem włosów, 
- depresją, zmęczeniem, nerwowością, stanami lękowymi, 
- problemami z trawieniem oraz zaburzeniami funkcji kognitywnych (poznawczych).

Rtęć odpowiada też za zwiększoną liczbę przypadków chorób „nowych”, czyli takich, na które zachorowanie zwiększa się od 1980 roku: 

- fibromialgii - zespołu chorobowego, charakteryzującego się uogólnionym bólem w układzie ruchu z występowaniem charakterystycznych punktów, rozmieszczonych symetrycznie, wrażliwych na ucisk, któremu towarzyszy uczucie przewlekłego zmęczenia, uczucie sztywności oraz sen nie powodujący poczucia odpoczynku,
- zespołu przewlekłego zmęczenia,
- alergii, 
- depresji, 
- zespołu przewlekłej hiperwentylacji, 
- zaburzeń układu nerwowego i mięśniowego, 
- przewlekłych infekcji, 
- nawracających grzybic, 
- problemów metabolicznych, 
- migren i przewlekłego bólu.

Rtęć ma też właściwości kancerogenne, upośledza funkcje rozrodcze i ma negatywny wpływ na rozwój płodu.
Z zatruciem rtęcią mogą być także powiązane takie choroby jak choroba Parkinsona, Alzheimera, stwardnienie rozsiane, autyzm oraz choroby nowotworowe. Również rtęci przypisuje się powodowanie ADHD - wymyślonej przez Leona Eisenberga fikcyjnej choroby:

W zakrojonym na szeroką skalę niemieckim badaniu przeprowadzonym w 1997 r. wykazano, że rtęć uwalnia się z plomb. Naukowcy z niemieckiego uniwersytetu w Tübingen zbadali ślinę 18 000 uczestników, którzy mieli średnio po dziewięć plomb amalgamatowych. 77-stronicowy raport z wyników badania informuje, że po okołu dziesięciu minutach żucia gumy, ślina zawiera średnio aż 47 mg rtęci na litr. Norma ustanowiona przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) dla wody pitnej to 1 mg rtęci na litr. Oznacza to, że osoby z plombami amalgamatowymi przyjmują podczas każdego posiłku 47 razy więcej rtęci niż stanowi dopuszczalna norma.




Wiedz, że:

- W Japonii nie stosuje się amalgamatów stomatologicznych z rtęcią już od trzydziestu lat.
- W Rosji zakazano ich stosowania w 1985 r., kiedy podczas setek badań wykazano niebezpieczeństwo związane ze stosowaniem takich plomb.
- W Norwegii zakaz stosowania rtęci obejmuje wszelkie jej zastosowania, a wypełnianie ubytków amalgamatem jest zabronione.
- W Szwecji nie używa się amalgamatów od 1999 roku.
- W Niemczech nie uczy się już dentystów, w jaki sposób wypełniać ubytki amalgamatami stomatologicznymi.
- W Kalifornii w tych gabinetach, w których stosuje się amalgamaty, należy wywiesić w widocznym miejscu ostrzeżenie o następującej treści:

W tym gabinecie stosuje się plomby z amalgamatu. Amalgamat zawiera rtęć. Pacjenci, u których zastosowano tego rodzaju plomby są narażeni na kontakt z toksyczną substancją chemiczną. Stan Kalifornia informuje, że rtęć może powodować wady wrodzone oraz zaburzenia płodności.


* * *
Dodatkowe źródła:


czwartek, 4 września 2014

Plastik plastikowi nierówny...

Wynosząc kolejny worek z plastikowymi opakowaniami do kontenera na śmieci - właściwego oczywiście na ten rodzaj odpadów;) - sięgam czasami pamięcią do czasów dzieciństwa. Wtedy nie musiałem jako grzeczny  synek takich czynności wykonywać, gdyż... nie było plastików! Pomyślcie: jak wtedy bez nich ludzie żyli? Płócienne torby na zakupy, szklane opakowania, szary papier, a w warunkach domowych: gazety.... I jakoś nikt się nie przejmował, że farba drukarska jest trująca. Ważne, że było co w nie zawijać!
Dzisiaj? Tak ogólnie rzecz ujmując: tworzywa nazywanego ogólnie plastikiem - do wyboru, do koloru. Co za wygoda!
Lecz, jak to w większości aspektów naszego życia bywa, zawsze jest jakieś ALE. Jakie tym razem? Otóż, jak w tytule: plastik plastikowi nierówny. Niektóre jego rodzaje są lub mogą być /pod działaniem pewnych czynników, np. słońca/ dla naszego zdrowia naprawdę groźne...

Oznaczenia - rodzaje

Pierwsze znaki identyfikujące polimer zastosowany do produkcji opakowań z tworzyw sztucznych wprowadziło (w 1988 r.) Amerykańskie Stowarzyszenie Przemysłu Tworzyw Sztucznych. System identyfikacji (Resin Identyfication Code - RIC) przyjął się powszechnie również w Europie i został zaaprobowany przez Europejskie Stowarzyszenie Producentów Tworzyw Sztucznych jako dobrowolny sposób identyfikacji tworzyw sztucznych. 

Znak identyfikacyjny składa się z cyfry kodowej 
określonego tworzywa sztucznego wpisanej 
w trójkąt utworzony ze strzałek 
oraz symbolu literowego tego tworzywa.

Znak identyfikacyjny określa rodzaj zastosowanego polimeru i nie jest oraz nie może być utożsamiany z symbolem przydatności do ponownego przetwórstwa (recyklingu). Jest stosowany jako środek pomocniczy przy sortowaniu odpadów tworzyw sztucznych w celu usprawnienia odzysku surowców wtórnych. Najczęściej jest nanoszony na opakowaniach sztywnych o pojemności powyżej 200 cm3 i masie powyżej 50 g.


1-pet1 – PET      -->  politereftalan etylenu

Używany jest do produkcji jednorazowych opakowań do żywności, jednorazowych butelek i jednorazowych naczyń. Typowym opakowaniem PET są butelki do wody smakowej, źródlanej i mineralnej.
Komentarz opublikowany w Environmental Health Perspectives w kwietniu 2010 roku sugeruje, że PET może podczas zwykłego użytkowania wytwarzać związki chemiczne zwane ksenoestrogenami i zaleca dalsze badania na ten temat.
Ksenoestrogeny mogą zaburzać funkcjonowanie organizmu, m. in. równowagę hormonalną; obecne w wodzie pitnej podejrzewane są również o powodowanie zaburzeń płodności u mężczyzn oraz zaburzeń w kształtowaniu płci w życiu płodowym.


2-hdpe

2 – HDPE       -->  polietylen o dużej gęstości

Polietylen o dużej gęstości uważany jest za jeden  bezpieczniejszych plastików, może być stosowany do powtórnego użycia.
Posiada dużą odporność na naprężenia, uderzenia, zużycie;  jest sztywny i odporny na czynniki chemiczne.


                         3 – PVC        -->  polichlorek winylu
3-pvc

- bardzo powszechny, używany do wyrobu m.in. folii do pakowania żywności. PVC jest szkodliwy dla zdrowia i może wydzielać toksyny. W procesie spalania polichlorku winylu wytwarzają się bardzo groźne dla zdrowia związki chemiczne zwane dioksynami, które są czasami bardziej niebezpieczne od cyjanku potasu.


                        4 – LDPE          -->  polietylen o małej gęstości 
4-ldpe

- używany do produkcji wielu rodzajów opakowań do żywności, jest dpuszczony do powtórnego użytku i bezpieczniejszy niż wiele innych plastików, ale nie tak bezpieczny jak tworzywa nr 2 i 5. Ma mniejszą odporność naprężeniową, ale lepszą plastyczność i giętkość niż HDPE, jest bardziej elastyczny - ale to kosztem niższej przezroczystości.



                          5 – PP          -->     polipropylen
5-pp

- przykładowe zastosowanie: wykładziny cystern do mleka, napełniane na gorąco puszki, słoje i butelki, pojemniki i różne opakowania, w tym również z folii. Razem z tworzywem nr 2 (HDPE) uznawany jest za jeden z najbezpieczniejszych plastików.




                          6 – PS         -->   polistyren 
6-ps

- najbardziej znany w formie spienionej czyli jako styropian. PS wydziela toksyny i nie powinien być stosowany jako opakowanie do żywności. I rzadko stosowany jest do tego celu ze względu na mniejszą odporność chemiczną od polietylenu, ale jest obecny np. w przykrywkach do jednorazowych kubków na kawę.




7 – INNE
7-inne- nie do powtórnego użycia. W tej kategorii znajduje się wiele szkodliwych związków, m.in. także bardzo toksyczny bisfenol A (BPA), który może przyczyniać się do zachorowania na schizofrenię, depresję czy chorobę Alzheimera. Ponadto jedząc lub pijąc żywność, która miała kontakt z BPA narażamy się na zaburzenia układu nerwowego i hormonalnego. W żadnym wypadku nie można ich używać w kuchenkach mikrofalowych, które zwielokrotniają przenikanie BPA do żywności.


Można śmiało stwierdzić, iż plastiki dzisiaj są wszechobecne. Skoro tak, nie wywiniemy się od kontaktu z nimi. Warto więc pamiętać o podstawowych zasadach obcowania z tymi chemicznymi tworami:

1.
Nie wystawiajmy butelek plastikowych PET z napojami na działanie słońca. Szczególnie podczas naszego wypoczynku, gdzie takie butelki poddane promieniowaniu UV słońca potrafią wydzielać szkodliwe toksyny do znajdującego się wewnątrz napoju.

2.
Do przechowywania żywności używajmy tylko plastików oznaczonych cyfrą 2 (HDPE) i 5 (PP). Plastików z pozostałych grup nie używajmy do przechowywania żywności, ale pamiętajmy o ich recyklingu.

3.
Nie używajmy ponownie butelek PET i nie podgrzewajmy w mikrofalówce żywności na tackach, na których ta żywność była kupiona. Chyba, że na opakowaniu zaznaczono, że nadaje się do tego celu.

4.
Nie podgrzewajmy w mikrofalówkach żywności w opakowaniach zawierających bisfenol (grupa 7), nie wlewajmy do nich gorących płynów i nie zmywajmy w zmywarkach.

5.
Wszystkie opakowania plastikowe używajmy zgodnie z instrukcją zawartą na opakowaniu (oznaczenia dotyczące temperatury, zmywarki itp).


* * *

źródła:
http://opakowania.com.pl/Wiadomo%C5%9Bci/Znaki-identyfikuj%C4%85ce-materia%C5%82-opakowania-26182.html
http://pl.wikipedia.org/wiki
http://www.hpeplasticextrusions.com/polyethyleneextrusionsmini.html
http://www.ukrytaprawda.com/butelki-i-opakowania-plastikowe-dobre-zle-i-najgorsze/




niedziela, 6 lipca 2014

Upiorne tłuszcze TRANS


... czyli od minimum dwóch dekad aktualne pytanie: masło czy margaryna?

* * *

Tłuszcze są niezdrowe i powinniśmy unikać ich jak ognia !

- takie jest powszechne przekonanie. Ale... nie do końca słuszne.
Dietetycy straszą nas szczególnie tłuszczami trans. Czym tak naprawdę są i gdzie je znajdziemy?

Sztuczny produkt

Tłuszcze trans to około 3 do 5 proc. naturalnych tłuszczów pochodzenia zwierzęcego. Znajdują się w produktach mlecznych i mięsach. Wydaje się, że to nie powód, aby z tak małej ilości robić wielkie zamieszanie. Jednak to

nie pochodzące z natury tłuszcze trans szkodzą nam najbardziej. 

Dużo niebezpieczniejsze dla naszego zdrowia są półsyntetycznie tłuszcze roślinne, uzyskiwane przez częściowe uwodornienie naturalnych olejów.
Skąd się biorą tłuszcze trans? Weźmy pod lupę choćby margarynę. Podczas jej produkcji utwardza się ciekłe oleje roślinne, uwodorniając wiązania nienasycone. Prowadzi to do powstawania kwasów nasyconych oraz nienasyconych kwasów o konfiguracji trans. Gdzie jeszcze znajdziemy te związki? Przede wszystkim w żywności przetworzonej. Są w maśle roślinnym, ale także w gotowych ciasteczkach, płatkach kukurydzianych, powszechnie dostępnych fast foodach, zupach w proszku, chipsach, frytkach, ulubionych przez dzieci batonach czekoladowych czy gotowych wypiekach. Znajdziemy je także w potrawach usmażonych na oleju w domu.

Im mniej, tym lepiej

Na całym świecie podjęto już kroki, by ograniczyć spożycie olejów utwardzanych wodorem. W wielu krajach wprowadzono lub planuje się wprowadzenie obowiązku umieszczania na produktach spożywczych informacji o zawartości tłuszczów trans. Dąży się także do maksymalnego ograniczenia ich zawartości. Prekursorami  były Dania i Kanada. Dania już w 2003 r. wprowadziła zakaz sprzedaży przetworzonych produktów spożywczych ze zwiększonym - w stosunku do naturalnego - stężeniem tłuszczów trans (2 proc.) W Kanadzie ten przedział wynosi  2–5 proc.  – zależnie od produktu. Cały czas doskonali się także procesy technologiczne – na przykład zastępowanie uwodornienia estryfikacją -  tak, by izomerów trans było jak najmniej.

Dla porównania warto dodać, że dwa lata temu SGGW
w Warszawie przeprowadziła badania dotyczące
m.in. ilości izomerów trans we frytkach
dwóch popularnych restauracji typu fast food.
Zawartość w obydwu przypadkach wynosiła prawie 20 proc.

Lepiej uważać
Z tłuszczami trans nie ma żartów. Liczne doniesienia naukowe wskazują, że ich częste spożywanie ma negatywny wpływ na nasze zdrowie - rośnie na przykład ryzyko zachorowania na raka piersi i zwiększa się prawdopodobieństwo rozwoju innych nowotworów. Po ich spożyciu podnosi się stężenie we krwi złego cholesterolu, a tym samym ryzyko występowania i rozwoju chorób miażdżycowych. Co więcej udowodniono, że tłuszcze trans obniżają poziom dobrego cholesterolu w naszym organizmie. Zwiększają też prawdopodobieństwo zachorowania na cukrzycę, mogą zwiększyć ryzyko depresji, a nawet przyczyniać się do występowania komplikacji w czasie ciąży.

Zdrowa wołowina

Oczywiście jak ze wszystkim, tak i tutaj należy zachować umiar i zdrowy rozsądek. Tym bardziej, że ostatnio okazało się, że nie wszystkie tłuszcze trans szkodzą. Korzystne dla naszego zdrowie działanie mają zwłaszcza te zawarte w mleku i wołowinie – tak przynajmniej informuje pismo „Advances in Nutrition”.  Według niektórych badań naturalne izomery trans wytwarzane przez przeżuwające zwierzęta,  mogą wręcz zmniejszać ryzyko choroby wieńcowej czy nowotworów.

Jednak lepiej przerzucić się na zdrowe tłuszcze.

- To od nas samych zależy, czy pomożemy naszemu organizmowi zrównoważyć zawartość tłuszczów trans przez spożywanie zdrowych,  jedno i wielonienasyconych kwasów tłuszczowych. Można je znaleźć w oliwkach, rzepaku, awokado, pistacjach, orzechach laskowych, tranie ryb morskich, kiełkach, ziarnach lnu czy kukurydzy oraz w oliwie.

Należy pamiętać, że zdrowy tłuszcz roślinny tłoczony na zimno ma zawsze postać płynną, tran także - przypomina Robert Joachimiak-Szpinda, szef kuchni Velaves Spa & Resort.

* * *

No i...: masło! :-)

* * *

Źródło: 
http://kuchnia.wp.pl/kat,1037879,title,Tluszcze-trans-zawsze-szkodliwe,wid,16106790,wiadomosc.html







niedziela, 25 maja 2014

Bananowy HIV

... czy wiecie, że banan jest czwartym najważniejszym produktem rolnym naszego globu, po ryżu, pszenicy i mleku? No ja bym obstawiał ziemniaka na tym miejscu - a tu proszę: delikatesowy swego czasu produkt, a dzisiaj u nas owoc "niekoniecznie niezbędny" - podstawą żywieniową na Ziemi! - ładnie. Jakże to się kłóci z przekonaniem - przynajmniej moim, że to małpki mają go w podstawie swego menu; hmmm: czy to kolejny dowód na darwinowską teorię ewolucji...?

* * *

Promocja banana była przemyślana i globalna: bananowe skórki w filmach niemych z Chaplinem i Keatonem, wprowadzanie litery "b" w szkołach poprzez obrazek banana, a i przekonanie mam, że
najlepsze papu na drugie śniadanie dla ich pociech to ten sympatyczny, zakrzywiony owoc. A że uprawiany w otoczce chemii... kogo to tak naprawdę obchodzi?

* * *

Biznesowe operacje /czytaj: machinacje/ zakończone fuzją doprowadzają do powstania bananowego giganta, połączenia amerykańskiej Chiquity i irlandzkiego Fyffesa. Konsolidacja w branży, podzielonej dotąd na cztery firmy, daje szansę na oszczędności i wykrzesanie sił do utrzymania niskich cen bananów w sklepach - tak twierdzą giełdowi komentatorzy. My konsumenci, czyli praktycy - wiemy swoje: "kilka w jednym" to monopol, a to nie wróży w perspektywie nic dobrego.

Nic dobrego tym bardziej, że niskim cenom bananów zagraża grzyb o nazwie fusarium oxysporum. Pochodzi z Południowo-Wschodniej Azji, rozpoznano go w latach 70-tych XIX wieku w Australii  i nie ma, jak na razie, znanej nam chemii, by go zwalczyć. Potrafi przeczekać w glebie nawet kilkadziesiąt lat!  - przenosi się z wodą lub ziemią: wystarczą drobiny przeniesione np. na butach. Jedyny obecnie sposób walki z nim to izolacja zarażonych upraw i ich niszczenie. Trudno to zresztą nazwać walką - doczekał się miana bananowego HIV.

Strat w uprawach było wiele. M. in. w latach 60. choroba wykończyła wielkoobszarowe uprawy Dużego Michała: znacznie bardziej soczystego, bardziej miękkiego i żółtego - pod każdym względem lepszego banana od tego, którego obecnie możemy kupić: odmiany Cavendish, z Chin :)

Cavendish - odmiana wcześniej odsunięta na bok konsumpcji z powodu braku wyraźnego smaku oraz cieńszej skórki, co w handlowej podróży skutkowało mniejszą odpornością na transportowe turbulencje. I to upodobanie Cavendisha do klimy: musi być wożony i przechowywany w chłodzie, a dojrzewa - zdziebko chimerycznie; Duży Michał w kiści miał owoce równo dojrzewające, był wydajny i nie łapał ówczesnej wersji choroby panamskiej.

Cytat z http://www.rp.pl/artykul/751514.html:

"United Fruit kontrolowało 90 proc. rynku bananów w Stanach Zjednoczonych, jednak to jego główny konkurent, Standard Fruit – dziś znany jako Dole – szybciej zareagował na tajemniczą plagę. Zamiast ubóstwianych przez Amerykanów Gros Michel, wprowadził do sprzedaży pochodzący z Chin gatunek Cavendish.
Trudniejszy w uprawie i transporcie Cavendish przynosił mniejsze zyski. Był wrażliwy na inne choroby, walka z którymi wymagała stosowania drogich pestycydów. Jego skóra często obijała się w transporcie, co wymuszało pakowanie owoców do skrzyń. Banany musiały dojrzewać w szklarniach. Gdy wreszcie trafiały do sklepów, po tygodniu gniły. Co więcej, ci, którzy znali smak Gros Michel, przekonywali, że Cavendish nie umywa się do poprzednika.
Pełen obaw, że klienci nie pokochają tego gatunku, United Fruit wciąż szukał innego rozwiązania problemu panamskiej zarazy. W Hondurasie powstało laboratorium, którego zadaniem było wypracowanie gatunku równie smacznego, jak Gros Michel, jednak odpornego na zabójczy grzyb. Przez czterdzieści lat badań powstało 20 tysięcy bananowych hybryd, jednak żadna z nich nie okazała się na tyle udana, by wyprzeć z rynku Cavendisha. Naukowcy ponieśli porażkę, a szef laboratorium, Phil Rowe, w 2001 roku powiesił się na jednym z eksperymentalnych bananowców. United Fruit zostało zmuszone do uprawy Cavendisha, banana, którego dziś jemy wszyscy."

* * *
Ale - gdzie tu wyraźny wątek zdrowotny? - "oprócz HIV-a bananowego" :)  Proszę bardzo.

Zdanie najpierw o wątku społecznym: sławione przez ekspertów zalety monopolu bananowego przekładające się na konsumencką radość z powodu niskich cen owocu brutalnie zderzają się z
krzywdą ludzką - niskimi płacami, ich cięciem, na ogromnych plantacjach, w rejonach których producent-monopolista jest często jedynym pracodawcą.

Banan to bardzo wrażliwa roślinka, podatna na wszelakie przypadłości: do oprysków wrażliwych bananowców potrzeba kilkanaście razy więcej chemikaliów niż do zabezpieczenia pola zboża w Europie. W arsenale plantatorów znajdują się związki zabronione w Europie i Ameryce, a mnie nie uspokajają tłumaczenia, że gruba skórka banana chroni owoc właściwy przez tymi trutkami. Pamiętajmy też, że Cavandish ma tę skórkę cieńszą niż miał Duży Michał.

Aspekt szkodliwej chemii jest i inny: na plantacjach stykają się z nią osoby tam pracujące, a i środowisko naturalne jest poważnie przez chemię degradowane. Uwzględniając to oraz wspomnianą już nieadekwatną zapłatę za pracą na plantacjach - czy etycznym jest kupowanie tych owoców? Na to oczywiście ewentualnie każdy sam sobie odpowie.

Czy transport owoców przez pół świata ma jakieś sensowne uzasadnienie?

... poza spełnianiem kaprysów klientów?

Walory smakowe - walorami smakowymi, ale wysoce wątpliwym jest na pewno sens jedzenia tych owoców w celu dostarczania organizmowi chociażby witamin: zrywany jest owoc zielony, który rósł w oparach chemii: jakie tu witaminy? Czy nie pojawiają się one w sensownych ilościach dopiero w owocach dojrzałych? Jak np. w naszych jabłkach, gruszkach, śliwkach?

Może warto zastanowić się, zanim sięgniemy po słoiczek z bananowym miksem dla naszego maluszka, czy warto go przyzwyczajać do tego smaku, do tego owocu?


* * * * *

źródło: nr 12 (2950) Polityki, Jędrzej Winiecki, "Bananowy grzyb"



poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Dobry czas na biznes oparty na psychozie, czyli...: czas szczepień

Amerykańska "Strategia napięcia" działa i w medycznym biznesie: czas straszenia chorobami, powrotem, nawrotem, czy też mutacjami wirusów - itp. A jeszcze i na bazie straszenia Putinem (to nie wirus - tak dodam na wszelki wypadek) - poczucie zagrożenia wzrasta: ludziska są otwarci na działania innych, na działania "ojców naszego bezpieczeństwa" - ONI zwalniają nas od myślenia i podejmowania trudnych decyzji.

Jaka to wygoda...

* * *

Znamy główny cel stosowania szczepionek: wprowadzenie do organizmu zmodyfikowanych mikrobów, fragmentów ich struktury czy metabolitów, w celu stymulacji jego naturalnych mechanizmów obronnych. Kiedy osobę zaszczepioną zaatakuje prawdziwa choroba, jej układ odpornościowy będzie pamiętał profil danego mikroba, więc szybciej i silniej zareaguje, by go wyeliminować.

Tyle mówi teoria. W praktyce jest to bardziej skomplikowane.

Medycyna chce poprawić układ odpornościowy niemowląt

Układ odpornościowy niemowląt działa zupełnie inaczej niż dorosłych, a nawet inaczej niż dzieci w wieku poniemowlęcym.

Zamiast zwalczać ciała obce, 
które chcą przeniknąć do środka, 
układ odpornościowy niemowlęcia przyjmuje je.

To logiczne, ponieważ wcześniej płód jest jakby „gościem” w macicy matki. Musi być w stanie przyswoić sobie wszystko, co przepływa przez łożysko. Na drodze procesu niepoznanego jeszcze dobrze przez naukę, tuż przed porodem lub wkrótce po nim układ odpornościowy malucha (do tej pory akceptujący wszelkie obce substancje) zaczyna je odrzucać. Proces ten kończy się po około sześciu miesiącach od narodzin dziecka.

Na tym właśnie polega problem lekarzy, którzy chcą szczepić niemowlęta. Wstrzykiwanie noworodkowi szczepionek nic nie da, ponieważ noworodek nie wytwarza przeciwciał lub wytwarza ich za mało. 

Mimo niemal zupełnego niezrozumienia tego procesu w układzie odpornościowym niemowląt (najpierw przyjmowanie, potem odrzucanie ciał obcych), niektórzy lekarze z góry zawyrokowali, że wcale nie tak ma on działać. A więc rozpoczęli badania nad tym, jak zmusić układ odpornościowy dopiero co narodzonych dzieci do produkowania przeciwciał w wyniku zaszczepienia.
Zdaniem tych lekarzy układ odpornościowy niemowlęcia jest z gruntu wadliwy, a ich zadaniem byłoby naprawienie go. Remedium zostało już ponoć wynalezione, a jest nim nowy adiuwant o nazwie VTX-294.

Kokaina dla układu odpornościowego

Adiuwant to produkt dodawany do szczepionek w celu wzmocnienia odpowiedzi immunologicznej organizmu. Jest substancją, która stymuluje produkcję przeciwciał w układzie odpornościowym.
Naukowcy ze szpitala dziecięcego w Bostonie odkryli, że syntetyczny związek, nazwany VTX-294, zwiększa produkcję interleukiny-1 beta (IL-1β) oraz czynnika martwicy guza (TNF), co świadczy o silnej odpowiedzi immunologicznej.
Tak więc odkrycie skutków działania VTX-294 we krwi noworodków było dla naukowców pewnym przełomem – to dzięki temu jest on kandydatem na nowy adiuwant do szczepionek dla tak małych dzieci.
Równocześnie pojawiają się głosy krytyczne. Opisana wyżej intensywna produkcja przeciwciał uruchamia w organizmie noworodka zupełnie nienaturalną reakcję zapalną, która może być katastrofalna w skutkach.

Stan zapalny u ciężarnej kobiety został uznany za ważny czynnik powodujący autyzm u ich dzieci. Zarówno czynnik martwicy guza, jak i interleukina-1 beta to cytokiny, a nadmierne ilości tego typu białek (tzw. burze cytokinowe) zostały wiele razy powiązane z rozwojem autyzmu6,7,8,9.  A jak inaczej, jeśli nie burzą cytokinową, można nazwać nienaturalną produkcję cytokin TNF i IL-1β w organizmie noworodków?
A więc sztucznie wywołane reakcje zapalne mogą uczestniczyć w rozwoju autyzmu u dzieci!

VTX-294 to kolejna trucizna?

Adiuwant VTX jest benzazepiną, substancją chemiczną podobną do benzodiazepin, czyli składnika leków przeciwlękowych (anksjolityków) takich jak Diazepam, Xanax czy Relanium. Benzazepina składa się z pierścienia benzenu i pierścienia azepiny, zaś benzodiazepiny mają jeden pierścień benzenu i dwa azepiny (czyli diazepinę).
Benzen jest trucizną, której przypisuje się wywoływanie raka, rozmaite uszkodzenia neurologiczne, rozwojowe i zaburzenia płodności.
Naprawdę trudno wyobrazić sobie, że można zupełnie poważnie rozważać wstrzykiwanie noworodkom pochodnej benzenu, znanego już jako trucizna. A już zupełnie nieprawdopodobne wydaje się podawanie w niektórych szczepionkach innych toksycznych substancji, takich jak rtęć czy formaldehyd.
Tymczasem dzieje się to już teraz, pomimo protestów wielu pacjentów i ofiar skutków ubocznych szczepionek.

Bezgraniczna pycha medycyny

Wygląda na to, że założeniem badań nowoczesnej medycyny jest to, że każde nowo narodzone dziecko jest w jakiś sposób „popsute”.
Taki pogląd zakrawa na najczystszą arogancję, ale właśnie z niego wynikają próby obejścia istoty działania układu odpornościowego niemowlęcia.
Jest to tym bardziej niepokojące, że adiuwantów do szczepionek nie przetestowano dostatecznie. Tak było na przykład ze skwalenem, któremu niedawno udowodniono zwiększanie ryzyka narkolepsji.

Należy również wymienić inne substancje:
> formaldehyd (rakotwórczy)
> rtęć (neurotoksyczna)
> polysorbate 80 (monooleinian polioksyetylenosorbitolu – zaburza gospodarkę hormonalną)
> glin (neurotoksyczny i rakotwórczy).

Wszystkie te substancje, mimo swej toksyczności, są powszechnie stosowane w szczepionkach.
We wnioskach z badań nad VTX-294, opublikowanych na stronie renomowanego czasopisma „Plos One”, znajdziemy czarno na białym:
„VTX-294 jest nowatorskim, ultraskutecznym agonistą, który aktywuje leukocyty u dorosłych i noworodków. Jest kandydatem na adiuwant do szczepionek przeznaczonych zarówno dla dzieci i dorosłych”.
Jeśli VTX-294 będzie kiedykolwiek używany do szczepień, nikt nie może przewidzieć, że nie zaburzy normalnego rozwoju układu odpornościowego. Może też wywołać raka, autyzm, schorzenia neurologiczne albo zupełnie nowe choroby takie jak makrofagowe zapalenie mięśniowo-powięziowe (MMF) wywołane przez glin zawarty w szczepionkach.

Wydaje się, że najnowsze przykłady gwałtownego rozwoju chorób poszczepiennych nie zrobiły wrażenia na niektórych zbyt zarozumiałych naukowcach. Czy nadal będą upierać się przy swoim, twierdząc, że wszystkie przypadki zniszczenia ludziom życia to po prostu „zbieg okoliczności”?


* * *

Źródło: 
http://www.pocztazdrowia.pl/nowy-adiuwant-w-szczepionkach-wrogiem-noworodkow/



sobota, 1 marca 2014

Dieta związana z grupą krwi...

... to bajeczka! a raczej - mit. Ileż to wyrosło serwisów sieciowych na ten temat i wyhodowało się różnych specjalistów? Przypomina mi to maszynkę do wyciskania pieniędzy związaną efektem cieplarnianym, zmianami klimatycznymi i tzw. "ociepleniem". Paradoksalnie: jesteśmy na etapie dziejów Ziemi zwanym ochłodzeniem - zmierzamy do epoki lodowcowej. Tak tak: Maniek, Sid i cała ferajna... Nasze przemysłowe pyłki, "ce-o-2" - to tylko jednocyfrowy procent przyczyn tych zmian. Aaaale: czegoż to ludziska nie wymyślą w pogoni za pieniądzem - tudzież i za zdrowiem...

* * *

Teoria, zgodnie z którą potrzeby dietetyczne danej osoby zależą od jej grupy krwi nie znalazła potwierdzenia naukowego – wynika z badań naukowców kanadyjskich, które publikuje pismo „PLOS ONE”.

Badacze są zgodni co do jednego: zdrowa dieta odgrywa – obok regularnej aktywności fizycznej, niepalenia tytoniu i nie nadużywania alkoholu – najważniejszą rolę w profilaktyce schorzeń, jak również w ich terapii. Piramida żywienia opracowana przez ekspertów Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) oraz Organizacją Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) daje podstawowe wytyczne odnośnie zdrowego żywienia.
 
Pojawia się jednak wiele alternatywnych koncepcji zdrowej diety, które zakładają, iż niemożliwe jest, by jeden schemat żywieniowy był korzystny dla wszystkich ludzi. Dieta zgodna z grupą krwi jest jednym z przykładów takich alternatywnych propozycji. Została spopularyzowana dzięki książce autorstwa Petera D'Adamo pt. „Jedz zgodnie ze swoją grupą krwi”, która stała się światowym bestsellerem – została przetłumaczona na ponad 60 języków, w tym polski i sprzedana w milionach egzemplarzy.
 
Według tej teorii geny decydujące o naszej grupie krwi determinują też to, w jaki sposób organizm metabolizuje różne pokarmy i jaka żywność jest dla nas najkorzystniejsza. Grupy krwi mają odzwierciedlać nawyki żywieniowe i tryb życia naszych odległych przodków. I tak np. osoby z grupy krwią „0” powinny ogólnie spożywać dużo białka, najlepiej zwierzęcego, a wyeliminować z diety gluten, którego źródłem jest pszenica; dla osób z grupą krwi „A” najkorzystniejsza jest dieta wegetariańska; a dla osób z grupą „B” - korzystne są produkty mleczne; z kolei osobom z grupą krwi „AB” generalnie zaleca się dietę zróżnicowaną, będącą czymś pośrednim między dietą dla grupy „A” oraz grupy „B”. Stosowanie diety dopasowanej do grupy krwi ma się przyczynić do poprawy stanu zdrowia oraz obniżyć ryzyko chorób przewlekłych, np. układu krążenia.
 
„Opierając się na danych zebranych wśród 1455 osób nie znaleźliśmy dowodów, które dawałyby wsparcie dla tej teorii” - komentuje współautor najnowszej pracy dr Ahmed El-Sohemy z Uniwersytetu w Toronto w Kanadzie.
 
Przez miesiąc uczestnicy badania w wieku 20-29 lat wypełniali ankiety na temat konsumpcji 196 różnych produktów żywnościowych. Następnie sprawdzano, w jakim stopniu odpowiada to jednemu z czterech typów diet dopasowanych do danej grupy krwi. Od badanych pobierano próbki krwi na czczo, by dokładnie ustalić, jaką grupę mają. Zebrano też informacje na temat ich wskaźnika masy ciała (BMI), obwodu w pasie (pozwalającego określić występowanie tzw. otyłości brzusznej), ciśnienia krwi, aktywności fizycznej, ogólnej kaloryczności diety. W próbkach krwi pobranych na czczo, po 12 godzinach poszczenia, zmierzono poziom m.in. glukozy, insuliny, cholesterolu całkowitego, „złego” (LDL) i „dobrego” (HDL), trójglicerydów oraz innych wskaźników metabolizmu.
 
Okazało się, że dieta uważana za korzystną dla grupy krwi „A”, czyli bezmięsna, miała związek z niższym wskaźnikiem masy ciała (BMI), mniejszym obwodem w pasie, niższym ciśnieniem krwi, niższym poziomem cholesterolu, trójglicerydów, insuliny. Sposób odżywiania najbardziej zgodny z dietą dla grupy krwi „AB” również wiązał się z niższym stężeniem tych wskaźników, z wyjątkiem BMI oraz obwodu talii. Natomiast dieta dla osób z grupą krwi „0” miała związek z niższym poziomem trójglicerydów, podczas gdy dieta dla grupy „B” nie została powiązana z żadnymi znaczącymi efektami.
 
„Efekty, jakie przynosił dany sposób odżywiania się nie miały nic wspólnego z grupą krwi badanych osób, a jedynie z ich zdolnością do przestrzegania rozsądnej diety wegetariańskiej lub nisko węglowodanowej” - komentuje El-Sohemy.
 
Jak zaznacza badacz, dotychczas nie było naukowych dowodów na skuteczność teorii, zgodnie z którą dieta powinna być dopasowana do grupy krwi. 

„To był intrygująca hipoteza, dlatego uznaliśmy, że powinniśmy ją sprawdzić. Obecnie możemy z pełnym przekonaniem powiedzieć, że ta teoria jest nieprawdziwa" 

– podsumowuje. (PAP)

* * *

Źródło:
http://www.naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,398842,badania-podwazaja-popularny-mit-ze-diete-dobiera-sie-do-grupy-krwi.html



niedziela, 2 lutego 2014

Zniewoleni z własnej woli...

"Ci, którzy po raz pierwszy zakładali konto na Facebooku pewnie byli zaskoczeni, że na przywitanie dostali listę osób, które mogą znać. Lista jest bardzo trafna i nawet największy cyberentuzjasta zadaje sobie pytanie: 'Skąd oni to wiedzą?'
(...) ... nawet mieszkańcy NRD nie byli inwigilowani przez Stasi tak skutecznie, jak my jesteśmy codziennie inwigilowani w sieci."


Internet stał się źródłem wielu możliwości, zjawisk, zachowań; jest medium będącym platformą do robienia biznesu, ale i niosącym różne formy rozrywki, aktywności twórcze, spełniającym pragnienia poznawcze. Jest choćby i supernianią - pozorną, ale jednak: święty spokój z dziećmi na ferie - małe noski ciągle w poświacie blasku ciekłokrystalicznego ekranu, ale grunt, że w domu, że są "na oku". Zastanawiam się czasami: jak moje pokolenie kiedyś było w stanie przeżyć ferie, wakacje, ba!: weekendy (!) bez smartfona i komputera? Przeżyć BEZ SIECI...? Zauważam, iż obecnie dzieci, młodzież - nawet gdy rozmawiają ze sobą - muszą w tejże właśnie chwili robić coś jeszcze przy telefonach, jeszcze dodatkowo pisać, szukać, czegoś słuchać... Czy więc tak naprawdę: prowadzą w danej chwili rozmowę? Czy w niej uczestniczą? Jak są w tej sytuacji kształcone umiejętne formy prowadzenia rozmowy? Kontakt wzrokowy, interaktywna reakcja na słowa rozmówcy, zainteresowanie nim; mowa ciała... A może należałoby zadać inne pytanie: czy w ogóle warto kształcić umiejętność rozmowy w tej "staroświeckiej formule"?

Tworzy się chyba na naszych oczach nowa definicja rozmowy, konwersacji. Zniewolenie siecią bywa zauważalne, wszechogarniające; jest ekspansywne. Postrzegany świat nie jest taki, jakim jest, tylko taki, jakim jest przedstawiany - tu już mamy wspaniałe możliwości do manipulacji ludźmi, manipulacji na skalę globalną. Bo wyobraźmy sobie chociażby jakiś przedstawiany konflikt zbrojny: jeżeli o nim nie powie żadne z mediów - to jakby go w skali globalnej nie było, lokalnie - to już sprawa lokalna, namacalna. A i odwrotnie: czy musi konflikt być? Można przecież przedstawić, że jest, że był - i świat to przyjmie za fakt. Amerykanie stwierdzili, że w Iraku jest broń chemiczna (chociaż jej nie było) i mogli zrobić wojenkę na swój własny użytek na oczach całego świata i - co najważniejsze: mogli się kreować na wyzwolicieli; chcieli zrobić z kogoś ofiarnego kozła by cały świat popierał "dzielnych i sprawiedliwych" w wojnie z terroryzmem 

(czy w ogóle widzicie sens, dla którego ci tzw. terroryści robiliby to, co niby robią? co na tym zyskują? Ja widzę jeden sens: USA dostaje przyzwolenie na swoje militarne działania gdziekolwiek zechce, służby specjalne otrzymują przyzwolenie na inwigilację wszystkich - w imię walki z terroryzmem)

 - i zrobili. A to, że Alkaidę założyły i wspierały amerykańskie służby specjalne, czyli po prostu rząd USA, to już i się chyba... nie liczy...? A choćby i cała ta mistyfikacja z tragedią WTC: czy "masa ludzka" nie potrafi już samodzielnie myśleć i kupuje bezkrytycznie całą tę matrix-ową naszą rzeczywistość? Wystarczy tylko liznąć zaledwie wierzchołka faktów na ten temat, na razie jeszcze w sieci osiągalnych i - samodzielnie poznać prawdę...
Do tej pory byłem na 100% przekonany, iż wkrótce, w miarę powstawania "nowego Internetu", tego z ocenzurowanymi już treściami, fakty niewygodne dla "rządzących naszym światem" będą niedostępne. Teraz co do tego zaczynam mieć wątpliwości: po co podejmować tytaniczną pracę z tym związaną, jeżeli ludziska i tak działają na zasadzie "widzisz, a nie wierzysz": wierzą tylko w to, co "jedynie słuszne", gdyż autorytet mediów jest przepotężny.

W okolicach ostatniego Sylwestra można było zrobić mały eksperyment: oglądać programy tylko jednej stacji telewizyjnej, np. programy TVN-u lub TV publicznej. Nawet po kilku dniach od sylwka miałoby się pewność, że wielkie nocne granie było TYLKO we Wrocławiu, albo TYLKO w Krakowie (może pomyliłem miasta - to w tym momencie nieistotne). Można żyć np. światem TVN-u, czyli cokolwiek się wydarzy, a w tym nie maczała swoich paluszków ta stacja: nie istnieje. I vicewersja - jak powiedziałby puchatkowy Tygrysek: nawet duże imprezy TVN-u, w świetle "Wiadomości" - NIE ISTNIEJĄ. A zdawać by się mogło, że wiadomości są od tego, by ludziska wiedziały, co się obiektywnie dużego, ciekawego dzieje. Fakt, że niepokazanie czegoś pokaźnego, niosącego chwałę konkurencji - to nie przestępstwo, ale... już manipulacja: "nasz wieczór sylwestrowy miał największą oglądalność"... czy tego nie słyszymy w programie każdej ze stacji?! MANIPULACJA.

Wracając do neta...

>> Straszę tym, co mi się wydaje negatywnymi zjawiskami, czyli zagrożeniem dla naszej prywatności, dla wolności słowa, braku dostępu do informacji czy wolności wyboru. Wbrew pozorom internet - choć daje nam pewne nowe mechanizmy - dużo przy okazji zabiera. Staram się na przykład czytelników nastraszyć, że prawdopodobnie niedługo powinni się bać o swoją pracę, tak jak ja się boję o swoją. Mają nade mną tę przewagę, że oni wiedzą, kim ja jestem, a ja nie wiem, kim są oni, ale mimo wszystko staram się to zrobić. Bardzo trudno znaleźć w tej chwili branżę, której internet w jakiś sposób nie dotyka. A jak dotyka, to prawie zawsze na minus.
(...) Cokolwiek mój czytelnik robi, czy jest taksówkarzem, czy ma sklep z butami, czy ma restaurację, to prawdopodobnie w pewnym momencie trzepnie go Groupon, obsmarują go na jakimś 4squarze i będzie miał niespodziewane problemy. Straszę też wyzwaniem dla demokracji, jakim są potężne korporacje, które w tej chwili rządzą w internecie. Demokracja jeszcze nigdy nie miała takiego wyzwania, jeszcze nigdy nie było tak potężnych firm. Tych zagrożeń jest sporo. 
(...)
Na każde miejsce pracy, jakie tworzy Amazon, przypada od czterech do pięciu takich, które zniszczył. Internet zabiera nam pracę?

- Pierwszą rzeczą, jaką człowiek odkrywa w internecie jest: "Wszyscy mają takie same poglądy, jak ja". A drugą: "Super, ile mogę zaoszczędzić. Będę mógł pójść do sklepu, obejrzeć towar, a potem kupię ten towar w internecie, gdzie jest 20 proc. tańszy, bo firma, która go sprzedaje, nie utrzymuje sklepu. Genialne!" Tyle, że w efekcie sami tracimy pracę, ponieważ okazuje się, że sami byliśmy tymi 20 procentami, na których ktoś inny zaoszczędzi. To dwie fazy: najpierw "o rety, ile oszczędzam!", a potem: "o rety, wyleciałem z roboty!"<<

Straciliśmy dostęp do informacji

"Prawie każdy człowiek, który zaczyna przygodę z internetem, w pewnym momencie dokonuje takiego odkrycia: "O jejku. Jak bardzo internet jest pełen ludzi, którzy myślą tak, jak ja". Wierzy, że jego poglądy są wyjątkowo rozsądne, skoro właściwie wszyscy myślą podobnie. W takim razie dlaczego nie podzielają ich sejm i media? Muszą być wmanipulowane w jakiś spisek, skoro wszystkim internautom wydaje się to być wiadome i oczywiste, a do nich to nie dociera. Dowcip polega na tym, że nie ma dwóch osób, które widzą tak samo internet. Na Facebooku widzimy tylko to, co opłaca się nam pokazać, przy czym opłaca się wyświetlić reklamy. To samo jest z Googlem. Nie ma dwóch takich samych osób, którym Google pokaże takie same wyniki wyszukiwania. I oczywiście, gdy wpiszemy zdanie: "Katastrofa smoleńska", wyskoczą nam wyniki, które będą tylko naszym spojrzeniem na katastrofę smoleńską."

Zniewoleni

"Najważniejszym zagrożeniem, które się wiąże z każdą z tych firm (Facebook, Twitter, Google, YouTube) jest to, że one już w tej chwili są bezalternatywne. Nie każdy może sobie dziś pozwolić na luksus niebycia na Facebooku. To już przestało być dobrowolne, Do pewnego momentu można było mówić, że to jest wolna decyzja ludzi, ale w momencie, gdy jakaś firma zyskuje status monopolisty, co uzyskał już Facebook jeśli chodzi o społeczności, czy Google jeśli chodzi o wyszukiwanie, już nie ma wyboru, bo jest brak alternatywy. Wszystkie serwisy społecznościowe starają się nam utrudnić, czy wręcz uniemożliwić odejście. Nawet gdyby nawet ktoś chciał się przenieść do konkurencyjnego serwisu, to nie jest takie proste. Całkowite wyjście z usług Google'a, zwłaszcza dla kogoś, kto ma telefon z Androidem, jest w zasadzie niemożliwe. Jednocześnie, te firmy wykorzystują swoją dominującą pozycję. To, co mi się strasznie nie podoba, to że z internetu, który był pełen różnych konkurujących ze sobą wyszukiwarek, różnych konkurujących ze sobą serwisów społecznościowych, różnych konkurujących ze sobą serwisów z filmikami czy obrazkami, wylądowaliśmy w internecie, w którym na to wszystko jest jedna firma, która trzyma łapę na dziewięćdziesięciu kilku procentach swojego rynku." 

Prywatność w zamian za pozory wolności  


"Ludzie, którzy zawodowo żyją z social mediów, często popełniają pomyłki. Kontrola jest coraz trudniejsza, bo Facebook notorycznie pogarsza swoje usługi i świadczenia. Jeszcze nie tak dawno na Facebooku była możliwość blokowania tagowania przez obce osoby - już tego nie ma. Była też możliwość zablokowania wysyłania wiadomości przez obce osoby - to również się zmieniło. Warunki są coraz gorsze, a w dodatku celowo sam interfejs użytkownika konfiguracji jest tak skonstruowany, żeby człowiek w końcu się pomylił. Te firmy zarabiają nie na dostarczaniu nam dobrej usługi, tylko na wyświetlaniu reklam. A każda wpadka prywatnościowa - czyli każde zdjęcie, które miało być tylko dla narzeczonego, a poszło na cały świat - wywoła mnóstwo ruchu. Pokaże się przy tym więcej reklam, dużo kampanii się na tym nakręci itd. Tak więc te monopolistyczne firmy tak naprawdę są wrogami nas - użytkowników i naszego interesu, ponieważ my jesteśmy dla nich towarem. To jest bardzo niebezpieczne, ponieważ te firmy dbają o interes reklamodawców, a nie nasz:
Eric Schmidt, szef Google'a uważa, że "jeżeli chcemy coś ukryć przez innymi, powinniśmy tego nie robić".

Zaczęło się od tego, że dominującym modelem biznesowym w internecie 
stała się darmowość w zamian za inwigilację -

... zgodziliśmy się na to wszystko bezmyślnie. Rzuciliśmy się na tą darmowość, zapominając o znanej zasadzie życiowej: "Za darmo jest tylko ser w pułapce na myszy". I oczywiście wpadliśmy w tę pułapkę.  

Na fałszywych informacjach w portalach się tak naprawdę więcej zarabia. 
Link zawierający wyssane z palca informacje nabije kliknięcia -

... i wszystkim się pokaże reklamę, więc firma prowadząca portal jest zmotywowana do pisania bzdur.

Ze względu na to, jak duże znaczenie dla demokracji mają media, każde państwo demokratyczne zawsze miało ustawę medialną, prawo prasowe, jakąś ustawę o mediach elektronicznych. Regulujemy prasę w taki czy w inny sposób przez zmuszanie do publikacji sprostowań, przez nakładanie takiej czy innej odpowiedzialności za takie czy inne grzeszki. Każdy kraj demokratyczny podchodził do tego inaczej, ale regulacje w tym zakresie zawsze istniały. Tymczasem w internecie doszło do sytuacji, w której mamy nagle kilku dominujących graczy, którzy nie mają żadnych takich zobowiązań. Nie ma odpowiednika np. obowiązku publikowania sprostowań w internecie."
- pamiętajmy i o tym.

Tak zbierając te wielowątkowe myśli w jakąś puentowalną całość, nie mogę, kierując się zasadami logiki - w końcu jestem matematykiem, odeprzeć tezy, że osoby, które nie istnieją, czyli nie mają "profili w sieci" - istnieją. Istnieją w takim realnym tego słowa znaczeniu, bo żyją o tyle naturalniej, że nikt im e-butami prywatności nie depcze. 


... do refleksji na powyższy temat pobudziła mnie rozmowa z Wojciechem Orlińskim - dziennikarzem "Gazety Wyborczej", dostępna w lokalizacji: 
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1027139,title,Wojciech-Orlinski-przestrzega-przed-internetem-czas-sie-bac,wid,16362956,wiadomosc.html?ticaid=11221d
 

sobota, 7 grudnia 2013

Bogowie w Białym Domu

... rozgrywają swoje gierki. Pionkami są obywatele USA i w sumie całego naszego ziemskiego świata. 11 września 2001 roku, tzw. "zamach terrorystyczny" na WTC - kolejne posunięcie wytrawnych i nieobliczalnych graczy. A poważniejsze, wcześniejsze ruchy na planszy ziemskich rozgrywek? Ile ich jeszcze poznamy? Czas na kolejną, tę z 1941 roku: PEARL HARBOR.

* * *

"7 grudnia 1941 r. - data, która będzie znana jako dzień hańby - Stany Zjednoczone Ameryki zostały nagle i celowo zaatakowane przez morskie i powietrzne siły Cesarstwa Japońskiego" - tak prezydent Franklin D. Roosevelt zaczął swoje przemówienie przed Kongresem nazajutrz po ataku na Pearl Harbor, wojskową bazę na wyspie Oahu na Hawajach. Faktycznie, USA poniosły wówczas dotkliwe straty: 2387 poległych i 1125 rannych; zatopionych lub ciężko uszkodzonych zostało osiem pancerników, do tego kilka innych okrętów; Amerykanie stracili też 169 samolotów, a drugie tyle było uszkodzonych. Obraz po 110 minutach bitwy malował się więc tragicznie.

Czy jednak atak na Pearl Harbor był rzeczywiście "nagły"? 

Od dekad wokół bitwy krąży teoria spiskowa, że prezydent USA i wywiad tego kraju wiedzieli, co szykują Japończycy. Dla Roberta B. Stinnetta, autora książki "Dzień kłamstwa. Prawda o Pearl Harbor", który sam jest weteranem walk na Pacyfiku, nie są to tylko plotki. W swojej publikacji twierdzi on, że nalot nie był takim zaskoczeniem, jak to próbowano wówczas przedstawić USA prowokowały Japonię do agresji.
amerykańskiemu społeczeństwu. Co więcej, Stinnett pisze, powołując się na odkryte dokumenty państwowe, że
(...)
Po bitwie o Pearl Harbor, USA nie mogły dłużej pozostać neutralnym państwem wobec toczącej się od dwóch lat wojny. Według Roberta B. Stinnetta to był powód, dla którego amerykańskie władze i prezydent Roosevelt dopuściły do ataku.

"Wobec narastających w społeczeństwie nastrojów izolacjonistycznych nie pozostało mu nic innego, jak zapewnić Ameryce udział w walce o wolność nieco okrężną drogą. Wiedział, że ludzie zapłacą za to życiem. Ilu zginie - tego wówczas nie mógł przewidzieć" - pisze autor "Dniu kłamstwa...". Na czym Stinnett opiera swoją ocenę?

Memorandum McColluma

W 1940 r. Amerykanie nie byli chętni do przystąpienia do wojny, która obejmowała już nie tylko Stary Kontynent, ale też północ Afryki, a w Azji sojusznikiem Berlina i Rzymu było Tokio. Zbyt dobrze pamiętali jeszcze poprzedni światowy konflikt. Jednak właśnie tego roku, 7 października, powstało memorandum Arthura McColluma, oficera z Biura Wywiadu Marynarki Wojennej, adresowane do komandorów Waltera S. Andersona i Dudleya W. Knoksa, doradców Roosevelta. Po latach do notki dotarł Stinnett - zawierała ona listę ośmiu działań, które miały... prowokować Japonię.

"Jeśli w wyniku zastosowania tych środków Japonia posunie się do jawnego aktu agresji, tym lepiej. Musimy być przygotowani na to, że wojna tak czy inaczej wybuchnie" - tymi słowami kończy się przedstawiony w książce dokument. Jej autor twierdzi, że treść notki znał także sam prezydent.

Osiem działań

Wśród proponowanych przez McColluma posunięć było:
> wysłanie dywizjonu krążowników i dwóch dywizjonów okrętów podwodnych na Daleki Wschód;
> zgrupowanie amerykańskiej floty na Hawajach (prowokując do ataku);
> namówienie holenderskich władz do wstrzymania dostaw ropy dla Japonii i do udostępnienia ich urządzeń wojskowych w Holenderskich Indiach Wschodnich;
> pomoc dla Czang Kaj-szeka;
> uzyskanie od Wielkiej Brytanii zgody na korzystanie z baz na Pacyfiku
> nałożenie - wspólnie z Londynem - embarga na handel z Tokio.

Plan zaczęto stopniowo wcielać w życie. Ale i Japończycy nie próżnowali, strategicznie grupując swoje siły i próbując zdobyć jak najwięcej informacji o stanie amerykańskich wojsk. Pisali swoją wojenną partyturę, której pierwszy akt miał zabrzmieć w Pearl Harbor. Wstępne plany ataku były gotowe już w styczniu 1941 r.

Złamanie kodów

Stinnett podaje, że już jesienią 1940 r. amerykańscy kryptoanalitycy mieli złamać dwa japońskie kody łączności. Chodziło o szyfr, którym posługiwało się japońskie MSZ ze swoimi placówkami dyplomatycznymi, tzw. kod purpurowy oraz część kodów morskich serii Kaigun Ango (nazywanych przez Amerykanów 5-Num, ponieważ był oparty na pięciu cyfrach). Według autora książki, od tego czasu, a więc ponad rok przed uderzeniem na Pearl Harbor, marynarka wojenna USA mogła śledzić ruchy przeciwnika. W 1941 r. zaś - twierdzi Stinnett - kryptolodzy znali już cztery kody japońskiej marynarki.

Co ciekawe, wśród dowodów komisji Kongresu, badającej tuż po wojnie sprawę uderzenia na Pearl Harbor, a także Komisji Thurmonda z 1995 r. nie ma depesz japońskich, przejętych i przetłumaczonych przed atakiem, które mogły świadczyć o zbliżającym się zagrożeniu. Ukryto nawet informację o tym, że amerykańscy kryptolodzy złamali jeszcze przed atakiem na Hawaje japońskie kody łączności. "Kongres nie poznał prawdy" - czytamy w "Dniu kłamstwa. Prawda o Pearl Harbor".

"Śmiertelny cios"


W swojej książce Stinnett podał jako dowód "mitu o rzekomym niespodziewanym ataku na Pearl Harbor" radiogramy Japończyków z końca listopada 1941 r. Wśród nich m.in. dwie depesze admirała Isoroku Yamamoto, dowodzącego japońską marynarką. Rozkazywał on udać się zespołowi

Przedstawione meldunki, które przez dziesięciolecia nie ujrzały światła dziennego, przeczą więc informacjom o zachowaniu ciszy radiowej przez stronę japońską w dniach poprzedzających nalot na Pearl Harbor.
uderzeniowemu z Zatoki Hitokappu w kierunku Hawajów, gdzie "zaatakuje trzon floty Stanów Zjednoczonych" w tym rejonie, "zadając śmiertelny cios".

Przecieki

Ostrzeżenia o ataku miały jednak dotrzeć do Waszyngtonu znacznie wcześniej. Stinnett opisuje, jak 11 miesięcy przed atakiem na USA peruwiański dyplomata pracujący w Tokio powiadomił swojego amerykańskiego kolegę po fachu, że dowiedział się w kilku źródłach, iż Japonia może uderzyć znienacka na Pearl Harbor. Odpowiedni telegram został natychmiast przesłany do Waszyngtonu. Jednak w Wywiadzie Marynarki Wojennej Arthur McCollum - autor poufnej notki z "ośmioma działaniami" - przedstawił ją dowódcy Floty na Pacyfiku adm. Husbandowi Kimmelowi jako... "plotkę".

Kolejne niepokojące doniesienia z Tokio przyszły na początku listopada 1941 r. Amerykański ambasador w Japonii Joseph Grew alarmował, że dowiedział się o naradzie cesarza Hirohito z jego sztabem, podczas której zdecydowano o wypowiedzeniu wojny USA. Waszyngton odpowiedział ogłoszeniem Pacyfiku obszarem "czystego morza".

Szpiedzy na Hawajach

Na samych Hawajach działali też japońscy agenci, którzy oficjalnie piastowali stanowiska dyplomatyczne. Jednym z nich był Tadashi Morimura, młody sekretarz konsula, który przybył do Honolulu w 1941 r. Amerykanie podejrzewali, że jest szpiegiem, nim jeszcze Japończyk postawił nogę na amerykańskiej ziemi - dowodzi Stinnett, powołując się na odtajnione dokumenty wywiadu marynarki oraz swoje wywiady. Amerykańskie służby kontrolowały działania Morimury, przechwytywały też jego telegrafy i telefony, podczas gdy japońscy agenci robili na Oahu rozpoznanie bazy morskiej Pearl Harbor i innych celów militarnych. Zupełnie inaczej przedstawia się oficjalna wersja wydarzeń, według której agenci nie mieli dostępu do meldunków Japończyka.

Tak czy inaczej, na nic zdały się ostrzeżenia, ponieważ nie dotarły do dowódcy Floty Pacyfiku i dowódcy obrony lądowej Hawajów gen. Waltera Shorta. "Przez ponad pięćdziesiąt lat najwyżsi funkcjonariusze FBI zaprzeczali, jakoby przed 7 grudnia 1941 r. wiedzieli o wywiadowczej misji Yoshikawy alias Morimury. Ich zaprzeczenia są niczym innym, jak dowodem na to, że w sprawie Pearl Harbor od początku panowała zmowa milczenia" - pisze autor książki o początku wojny na Pacyfiku. Według niego o szpiegu wiedział nie tylko wywiad, ale sam prezydent Roosevelt.

Nadchodzi wojna

Nie tylko jednak groźnie brzmiące japońskie noty mogły wzmóc czujność Amerykanów przed zbliżającym się atakiem. Już samo to, że na przełomie listopada i grudnia 1941 roku stacje nasłuchowe notowały wzmożoną aktywność meldunków japońskich okrętów z północno-wschodniego Pacyfiku powinno być alarmującym sygnałem. Do tego Stinnett zwraca uwagę, że późną jesienią tego roku Japonia zaczęła wycofywać z mórz swoją flotę handlową. W ostatnich dniach listopada załamały się też negocjacje USA z Japonią. Wojna zbliżała się dużymi krokami.

Niektóre dowody - jak prezentuje autor książki - tajemniczo jednak wyparowały z archiwów marynarki. Do dziś pozostaje zagadką, kto i co wiedział o przejętym 2 grudnia radiogramie Yamamoto: Niitaka Yama Nobre, 1208 ("Wspinajcie się na górę Niitaka, 12.08") oraz kiedy został on przetłumaczony - przed czy dopiero po ataku na Pearl Harbor? Depesza mogła sugerować Amerykanom, że japońskie siły otrzymały wezwanie do trudnego, bojowego działania i datę. 

Pierwsze wątpliwości

Atak na Pearl Harbor był początkiem wojny na Pacyfiku. Trzy dni po nalocie USA wypowiedziały wojnę także dwóm pozostałym państwom Osi, Niemcom i Włochom. Waszyngton miał poparcie rzeszy Amerykanów, wszak doszło do ataku na ich ojczyznę. Ale tak jak szybko rozpalono popierające wojnę emocje, tak też zaczęły się tlić wątpliwości: czy ataku nie można było przewidzieć?

Już w styczniu 1942 r. powstał pierwszy raport komisji w tej sprawie. Podobne gremia badały historię Pearl Harbor do 1946 r. Sprawę wznowiono w 1995 r. Jednak, jak twierdzi Stinnett, nawet ostatnia komisja nie zdołała zgromadzić wszystkich dowodów. Część z nich publikuje w swojej książce - część przepadła, inne nadal spoczywa w archiwach, chroniąc "tajemnice państwowe".

"Mniejsze zło"

"Jakkolwiek odrażające wyda się to rodzinom ofiar i weteranom II wojny światowej, do których zalicza się również autor (R.B, Stinnett - przyp.), z perspektywy Białego Domu nalot na Pearl Harbor był mniejszym złem; czymś, przez co trzeba przejść po to, aby powstrzymać większe zło - nazistowskich najeźdźców, którzy już rozpoczęli Holocaust i zagrażali Anglii inwazją" - konkluduje autor książki "Dzień kłamstwa. Prawda o Pearl Harbor".

* * *

źródło:
http://konflikty.wp.pl/gid,16236366,kat,106090,title,Przez-lata-ukrywano-prawde-o-Pearl-Harbor,galeria.html

(Na podstawie: R. B. Stinnett "Dzień kłamstwa. Prawda o Pearl Harbor" oraz "Pearl Harbor 1941. Dzień hańby" wyd. Osprey)

* * *

... i historia jak przed tragedią WTC, gdy mimo 17 agencji rządowych pilnujących bezpieczeństwa kraju: "atak był kompletnym zaskoczeniem"! Jak tak się zastanowić nad tym głębiej, to... chyba teraz tylko niemyślący w to naprawdę wierzy. A i kontynuując myślenie: przed jakim większym złem uchronili bogowie z Białego Domu swój Naród, zgotowawszy mu "tragedię WTC"?


wtorek, 3 grudnia 2013

Tak się szprycuje mięso chemią



Niby o tym wiemy, niby tego jesteśmy świadomi, ale... warto znać konkrety...

Źródło: http://pieniadze.fakt.pl/Tak-sie-szprycuje-mieso-chemia,artykuly,210356,1.html

To scena jak z filmu grozy, ale dzieje się naprawdę! Pracownik zakładu mięsnego wkłada niewielki kawałek szynki do specjalnej maszyny. Po chwili dziesiątki igieł pompują w tę wędlinę fosforany, rakotwórcze substancje konserwujące i wzmacniacze smaków. Efekt? Z ważącej kilogram szynki wychodzi kawałek o wadze dwukrotnie większej – by producent zarobił krocie! Takie napompowane chemią mięso trafia potem do sklepów. A my to kupujemy i się trujemy! Co gorsza, to wszystko jest legalne...

– Już pod koniec lat 90. w naszym zakładzie zamontowano tak zwaną nastrzykiwarkę – zdradza nam pracownik zakładu mięsnego w północno-wschodniej Polsce – To jest maszyna co w mięso wbija setki igieł, z których płynie chemiczna substancja. Mięso dosłownie puchnie w oczach i co dziwne nic z niego później nie wycieka! – opowiada nam pracownik.


I dodaje, że takie „powiększanie” mięsa to codzienność w dużych zakładach. – Proceder jest w pełni legalny, bo nie obowiązują żadne normy w tym zakresie – podkreśla nasz informator. Nie ukrywa też, że po wprowadzeniu takich technologii zakłady mięsne stały się prawdziwymi fabrykami mięsa.

– Kiedyś z tony mięsa robiło się około 700 kilogramów gotowego wyrobu, teraz można zrobić z tony ponad dwie tony, to czysty zysk bo woda i chemia jest tania. Prawdziwe eldorado zaczęło się po wejściu Polski do Unii Europejskiej, bo przestały obowiązywać wszelkie normy i receptury

– kontynuuje pracownik koncernu mięsnego.

Obecnie to zakład decyduje z czego będzie wyprodukowana wędlina, ile w niej będzie chemii i wody. Dla kontrolerów ważne jest tylko to żeby wszystko znalazło się na etykiecie – z reguły mało czytelnej dla konsumenta z jakimiś tajemniczymi kodami „E”.


Chemia dostarczana jest do przetwórni w beczkach i plastikowych pojemnikach.
– To się miesza z wodą i za pośrednictwem nastrzykiwarek szprycuje wędliny. W ten sposób mięso powiększa swoją objętość dwukrotnie – opisuje proces nasz informator.
Co gorsza takie chemiczne mięso nie idzie do wędzenia, a do malowania jak auta w lakierni! Zalewa się je tak zwanym preparatem dymu wędzarniczego.

– Jeżeli byłoby wędzone w wędzarni, to woda odparowałaby, a tak nie traci na wadze, po tym wszystko jest pakowane w folię i idzie do dystrybucji – kończy pracownik zakładu.

Co dalej? Zapakowane, najczęściej w folię mięso trafia do marketów. Co możemy zrobić, by ustrzec się przed chemiczną bombą mięsną? Specjaliści radzą dokładnie czytać etykiety i wystrzegać się tych wędlin, które w składzie mają dodatki ze znaczkiem „E”.

* * *
... a czy w ogóle jest produkt mięsny z opisem, ale "bez E w składzie"? On jest jak Yeti: mówi się o nim, ale nikt go nie widział :-|



sobota, 30 listopada 2013

Poznać prawdziwe oblicze amerykańskiej demokracji: STRATEGIA NAPIĘCIA

"STRATEGIA NAPIĘCIA oznacza, że detonuje się bombę i mówi się, że to nasz wróg"

"Dziesięciolecia terroru wobec własnej ludności, o który obwiniono ekstremistów, sfinansował i zaplanował Biały Dom"

Temat terroryzmu, podsycany kolejnymi rocznicami "zamachu Talibów" na WTC - wraca ze zwielokrotnioną siłą: tym razem w innej odsłonie. Filmy krążące w jedynym wolnym medium: Internecie (jak na razie jeszcze wolnym) - pozwalają ludziom mieć świadomość tego, co się na prawdę dzieje. Mainstreamowe media urabiają nas jak wprawny kucharz ciasto na pierożki: co nam podadzą
na tacy info - wierzymy w to, wierzymy, że taki jest świat, jaki nam pokazują. Urabiają nas - i same są urabiane, bo pewnych tematów nawet nie ugryzą; gdyby ugryzły - to byłby koniec ich działalności. A jaki? Chociażby: "atak paskudnych terrorystów z Alkaidy na budynki i urządzenia techniczne stacji". Przecież "niekontrolowane" watahy terrorystów to najlepsze siły szybkiego reagowania. Cokolwiek można zrobić komukolwiek - i zrzucić winę na muzułmańskich ekstremistów. Bo jak się tak nad tym poważniej zastanowić: po co mieliby to robić? Po co zamachy na WTC, Pentagon, w Madrycie... Kto na nich tak naprawdę zyskał i - zawsze zyskuje?

"Trzeba było zaatakować cywili, ludzi, kobiety, dzieci, osoby nie zamieszane w jakiekolwiek polityczne gry. To pozwoliłoby władzom wprowadzić stan alarmowy"

Warto poświęcić 13 minut swego cennego czasu i oglądnąć:

http://www.youtube.com/watch?v=pz3afjM49sw#t=37

Film wyemitowała stacja Russia Today, jakby nie było - coś znacząca. A tak na marginesie: ciekawe, czy "terroryści" w tę stację uderzą...;-)



niedziela, 17 listopada 2013

Chronicznie chore dzieci XXI wieku




Dzisiejsze dzieci i młodzież są najbardziej biologicznie uszkodzonym młodym pokoleniem w historii ludzkości:

--> pierwszym o inteligencji średnio niższej niż u ich rodziców,
--> ponad 20% amerykańskich dzieci cierpi dziś na jakąś chorobę mózgu, ponad 60% - na jakąś chorobę chroniczną,
--> według WHO - obecni młodzi żyć będą średnio o 10 lat krócej niż ich rodzice.
--> autyzm: tragedia dzieci XXI w W USA są już miliony dzieci autystycznych (1 dziecko na 50/30)

Epidemia autyzmu koreluje z epidemią szczepień niemowląt; to rodzice jako pierwsi wskazali na związek autyzmu ze szczepieniami.

Szczepienia bezpieczne? 


--> Sąd Najwyższy i Narodowy Instytut Zdrowia w USA oficjalnie uznały szczepienia za „nieuchronnie niebezpieczne”. W Amerykańskiej rządowej bazie VAERS zarejestrowano ponad 5417 zgonów poszczepiennych (to tylko ok. 5% wszystkich prawdopodobnych, tzn. było ich więcej niż 100 000).
--> Rząd USA wypłacił od 1989 r. pond 2,6 miliarda $ odszkodowań za powikłania poszczepienne, w tym encefalopatie, czyli autyzm.

Establiszment medyczno-farmaceutyczny nadal zaprzecza związkom autyzmu ze szczepieniami i sponsoruje zmanipulowane „badania” z zamówionymi wnioskami, że szczepienia są całkowicie bezpieczne. Wszystkie niezależne badania (ponad 20) oraz miliony rodziców na całym świecie wskazują na taki związek.

Mit: Szczepionki ocaliły ludzkość od chorób zakaźnych

Szczepienia miały bardzo ograniczony udział w zmniejszeniu umieralności na choroby zakaźne.
Skuteczne zaś były:
- poprawa higieny i wykształcenia rodziców,
- poprawa warunków życia (odżywienie, dostęp do czystej wody; kanalizacja)
- produkcja i rozpowszechnienie syntetycznych antybiotyków (1940).

Współczesne doświadczenia krajów Europy Zachodniej: znacznie mniejszy procent rodziców niż
w Polsce szczepi dzieci, lecz prawie nikt nie umiera na dziecięce choroby zakaźne (dane z ECDC).


Czy szczepienia niemowląt są konieczne? 

--> Mleko matki zawiera przeciwciała, leukocyty, enzymy i substancje wspomagające układ odpornościowy. Mleko matki, która nie przeszła chorób zakaźnych, ma mniej przeciwciał lub nie ma ich wcale.

Dzięki transferowi matczynych przeciwciał przez łożysko oraz mleko niemowlę uzyskuje od matki oporność pasywną na wiele miesięcy - stąd karmienie mlekiem matki jest tak ważne. "Mleko z puszki" nie spełnia tej tak ważnej funkcji.

Niedojrzały układ odpornościowy niemowlęcia nie odpowiada na szczepienia adekwatną produkcją przeciwciał (zastępczy wskaźnik skuteczności). Manipuluje się układem odpornościowym niemowlęcia przez sztuczną stymulację i wywołanie stanu zapalnego (toksyczne adjuwanty - 
aluminium, tłuszcze, skwalen) oraz wielkokrotne podawanie szczepionek. 

adjuwant - substancja powodująca wzmocnienie poszczepiennej odpowiedzi odpornościowej na podany antygen

Przeciwciała w mleku matki interferują z produkcją przeciwciał po szczepieniu. Firmy szczepionkowe proponują, by matki przestały karmić niemowlęta aby wytworzyły one przeciwciała na szczepionkowe antygeny. Trudno o większą arogancję wobec dziecka, matki, i natury - pogardę dla nich...

Liczba szczepień koreluje z umieralnością niemowląt i małych dzieci.


Toksyczne składniki szczepionek

Oprócz antygenów (bakterie, wirusy, ich fragmenty):
--> konserwanty: rtęć organiczna (Et-Hg; tiomersal, thimerosal), formaldehyd, 2-phenoxyethanol, aldehyd glutarowy, inne. Rtęć - silnie neurotoksyczna.
--> adjuwanty (związki aluminium, skwalen, oleje - arachidowy, sezamowy, inne) - nasilają odpowiedź immunologiczną wywołując stany zapalne i choroby autoimmunologiczne, alergie,
choroby degeneracyjne. Aluminium - neurotoksyczne.
-->  detergenty (Polisorbat 80). Zwiększają przenikanie toksycznych składników szczepionek do komórek, uszkadzają komórki.
-->  zanieczyszczenia: obce białka, bakterie, wirusy, materiał genetyczny z hodowli komórkowych (np. z tkanek małp). Powodują choroby nowotworowe, autoimmunologiczne.

Wszystkie toksyczne składniki szczepionek osobno i w kombinacji mogą zaburzać procesy
rozwoju mózgu i powodować autyzm oraz inne choroby mózgu, choroby neurodegeneracyjne i autoimmunologiczne. Szczególnie jest to groźne dla niemowląt z nierozwiniętym układem odpornościowym i nerwowym oraz niedojrzałą barierą krew/mózg, dzięki czemu składniki szczepionek przedostają się bezpośrednio do mózgu.

Aluminium w szczepionkach
Dawki Al, które dzieci otrzymują w szczepionkach do 6 miesiąca życia, od 15 do 49 razy przewyższają dawki uznane za bezpieczne przez U.S. Food and Drug Administration.

Tu warto wrócić /w poście o herbacie zielonej o tym było wspominane/ do ważnego wątku: NIE PIJCIE HERBATY Z CYTRYNĄ, ani herbaty czarnej, ani zielonej. Reakcje, jakie w takim napoju zachodzą, powodują wydzielanie szkodliwych związków aluminium i kadmu, doprowadzając do tworzenia trudno usuwalnych z naszego organizmu substancji toksycznych. Samo aluminium (czyli glin) zawarte w liściach herbaty nic nam nie zrobi złego, ale kiedy połączy się w tym napoju z kwasem cytrynowym i powstanie cytrynian glinu, związek ten zacznie wchłaniać się do Waszego ustroju i Was zatruwać.

Neurotoksyczność związków aluminium: 

--> 340 publikacji naukowych
--> przenika z krwi do mózgu i gromadzi się w nim
--> indukuje wiele toksycznych reakcji
--> aktywuje procesy zapalne i stres oksydacyjny
--> powoduje encefalopatie (ogólne określenie uszkodzenia mózgu przez czynniki różnego pochodzenia, którego skutkiem są różnego rodzaju zaburzenia zachowania, zwane charakteropatią), choroby neurodegeneracyjne (Alzheimera i Parkinsona, padaczka, ataksja, demencja, uszkodzenie neuronów ruchowych), obumieranie neuronów, proliferację mikrogleju (silny przerost komórek nieneuronalnej centralnego układu nerwowego)
--> toksyczne dla nerek, płuc i gonad (gonady - gruczoły płciowe, rozrodcze)
--> Al indukuje procesy zapalne w mózgu 


Neurotoksyczność tiomersalu

Tiomersal (thimerosal) - organiczny związek Hg, konserwant szczepionek


--> neurotoksyczność tiomersalu -36 publikacji, neurotoksyczność Hg (rtęci) - 833 publikacje
--> Al potęguje neurotoksyczność Hg
--> WHO uznała, że rtęć w środowisku jest zagrożeniem dla życia i zdrowia, ale wstrzykiwana do krwi niemowląt jest „bezpieczna”. Fałszywa i nieodpowiedzialna opinia otwiera drzwi
do przywrócenia stosowania toksycznej rtęci w szczepionkach także w krajach zachodnich, w których została wcześniej usunięta jako toksyczna.
--> uszkadza komórki układu odpornościowego, upośledza funkcje tego układu. Zaburzenia układu odpornościowego są typowe dla autyzmu.
--> niszczy florę bakteryjną w układzie pokarmowym, sprzyja kolonizacji przez patogenne bakterie (clostridium) i drożdże
--> uszkadza mózg; autyzm to chroniczny stan zapalny mózgu
--> więcej o tym: patrz źródło

P o d s u m o w a n i e

--> Zbyt wczesne, toksyczne, nadmierne szczepienia wydają się najbardziej prawdopodobną przyczyną autyzmu.
--> Dzieci nieszczepione znacznie rzadziej chorują na autyzm.
--> Wiele składników szczepionek może wywoływać encefalopatię poszczepienną (autyzm).
--> Powikłania poszczepienne zależą od: składu szczepionek, zanieczyszczeń, zdolności organizmu do samooczyszczania, reaktywności i dojrzałości układu odpornościowego, wcześniejszych stresów, stanu zdrowia, wrażliwości osobniczej na toksyny, dojrzałości układu nerwowego, innych czynników.
--> Hg, Al, inne adjuwanty, bakteryjne i wirusowe toksyny oraz zanieczyszczenia - najbardziej groźne.
--> Szczepienia zaburzają też układ odpornościowy i florę bakteryjną jelit, wywołują ostre i chroniczne stany zapalne układu pokarmowego (u ok. 70% dzieci autystycznych).


Źródło/więcej na:
http://pl.scribd.com/doc/180595876/Autyzm-i-Szczepienia-Prof-Maria-Dorota-Majewska